Poranek

Świadomość wyłania się stopniowo. Jestem. Stoję. Słyszę. Ciemno. Decyduję – wystarczająco jasno, działamy od razu (zanim usłyszą i zobaczą wszyscy).

Raz, dwa, trzy, cztery, maszerują oficery. Szybko, szybko, szybko, szybko, sucho już masz moja rybko. Mięsień żuchwy napięty. Myśli wyłączone, tylko ucisk w głowie od strony kości ciemieniowej świadczy o intensywnej pracy mojego mózgu. Lewa ręka do worka, kładzie biały kształt po prawej stronie. Prawa ręka odpina rzepy, sięga na lewo. Bezbłędnie wysuwa mokry, zimny zwitek – myśli powracają pod jego wpływem. Tylko na chwilę. Lewa ręka na prawo, prawa pod plecki, lewa pod pupę, prawa zapina rzepy. Prawa podciąga ubranko, lewa zapina.

O, siedzę. Jak mięciutko, przyjemnie… Obraz pod powiekami taki jak bez nich, po co więc je zamykam? Nie denerwuj się, tylko sięgam pod poduszkę po telefon, jedz dalej… Blask ekranu oślepia. 3.50 – dziwna godzina jak na ciebie… czy będzie jeszcze jeden cykl, czy to już dzień? Zobaczymy… O, nie jesz już. Przyjemny ciężar na ramieniu. Miło cię wtulać w szyję, taki jesteś cieplutki. Śpisz? No to dobranoc. O, jeszcze nie?

Raz, dwa, trzy, cztery, maszerują oficery. Szybko, szybko, szybko, szybko, sucho już masz moja rybko. Mięsień żuchwy […].

Smacznego i dobranoc. Albo nie. Mój umysł i tak już odtajał. Spojrzenie w lewo – miarowy oddech z lekkim świstem – nosz kurwa… żądło zazdrości kole w pierś i wydziela lekką niechęć. Śpij dobrze, jeden wyspany rodzic to lepiej niż żaden. Kochanie, jak tak to chodźmy do kuchni, mama zje tabletkę. Dziękuję za takie poranki, dzięki nim przykładnie jem leki na czczo.

Dodaj komentarz